Na odpust

Z okazji dnia patrona parafii przed kościołami stawały stragany z watą cukrową, pistoletami na kapiszony, kolorowymi wiatraczkami.
Ale była to tylko oprawa, miły dodatek do bardzo ważnego rytuału – uzyskania odpustu, czyli darowania przez Boga kary za jakiś popełniony grzech. Oczywiście po okazaniu skruchy i spełnieniu kilku dodatkowych warunków: odmówieniu modlitwy, uczestniczeniu w uroczystej mszy ku czci patrona i przystąpieniu do komunii. Na odpust parafialny do dziś ściągają tłumy, które po sumie i procesji ruszają do straganów. Dzisiejsze kramy nie są zbyt imponujące i nie jest ich już tak wiele. Ale przed erą „made in China” sprawy miały się zupełnie inaczej. Odpust przyciągał dziesiątki, jeśli nie setki kramarzy, a także ulicznych kuglarzy i wszelkiej maści naciągaczy, na przykład speców od gry w trzy karty. Do tego niedaleko kościoła rozstawiała się karuzela łańcuchowa (albo i dwie – jedna dla dzieci, a druga dla dorosłych), strzelnice, organizowano loterię fantową i wieczorne zabawy taneczne. Cała okolica bawiła się do późnej nocy, wychwalając boską wyrozumiałość. Niestety sporo świeżo oczyszczonych duszyczek od razu zarabiało kilka nowych grzeszków. Z czasem w wielu parafiach takie odpusty zamieniły się w ludowe festyny z pokazami straży pożarnej i występami orkiestr dętych. Warto więc, nawet jeśli na sumę nas nie ciągnie, pójść przynajmniej na odpust, kupić wiatraczek i zjeść watę cukrową. Bo następny dopiero za rok.
Tekst: Weronika Kowalkowska, Eliza Otto