2 lutego
Kiedy leje się światło, pachnie pszczelim woskiem. To stara tradycja, dziś już prawie zapomniana; przecież świece można kupić w sklepie. Ale na wsiach robione są jeszcze w taki sam sposób jak w XVI wieku. Bractwo Różańcowe ze Starej Białej koło Płocka co roku poświęca styczniowy dzień na ręczne odlewanie gromnic. Będą gotowe na 2 lutego, Święto Matki Boskiej Gromnicznej. Na węglowej kuchni w garnkach topi się wosk. Kuta obręcz z 59 hakami – na każdym bawełniany knot – wisi na krzyżaku przymocowanym do sufitu. Pod kołem stoi naczynie z gorącą wodą, a w nim miska, do której będzie kapać wosk. Nic nie może się zmarnować! Wreszcie w garze zaczyna bulgotać.
Pan Józef z Bractwa Różańcowego przelewa wosk przez sito do rynienek. Koło ma tak dużą średnicę, że ośmiu mężczyzn mieści się wokół niego ramię przy ramieniu. Bractewni w dłoniach trzymają dzbanuszki z jednym uchem. Czerpią nimi wosk z rynienek i polewają pierwszy knot. Potem obracają powolutku koło i wosk leje się na następny sznureczek. Koło kręci się rytmicznie. Wosk tężeje na knotach. Tak powstają charakterystyczne, zwężające się ku górze gromnice.
Samo Święto Matki Boskiej Gromnicznej jest znacznie starsze od tradycji lania światła. Jego korzeni można szukać w żydowskim obrzędzie oczyszczenia matki 40 dni po porodzie. W Jerozolimie obchodzono je w IV wieku. Zwyczaj był żywy w Polsce jeszcze w międzywojniu. Klęczącej kobiecie ksiądz podawał świecę, kropił wodą święconą i odmawiał modlitwę, a ona obchodziła ołtarz. Tego samego dnia ofiarowywała swoje dziecko Bogu. Dlatego w liturgii dzień Matki Boskiej Gromnicznej nazywany jest świętem Ofiarowania Pańskiego. Wierni przynosili świece do kościoła 2 lutego, a potem na belce sufitowej w domu wypalali nimi znak krzyża; miały chronić przed kataklizmami. Krople wosku z gromnic cieśle wkładali między belki domu – na szczęście.
Fotografie: Zenon Żyburtowicz, shutterstock.com