Rodzina jedzie na wakacje, a Stanisław Malik wprowadza się do kuchni, bo tam ma dobre światło, i z benedyktyńską cierpliwością wycina z tektury mury miniaturowych wież.
Żona jakoś znosi warsztat koło garnków, choć narzeka czasem, że kawałki szopki znajduje w jedzeniu jeszcze latem. – Wiedziała, za kogo wychodzi – śmieje się mąż, wyginając pęsetą tyci kwiatek. Na stole leżą arkusze kolorowego staniolu, pachnie klejem. – Kiedyś zbieraliśmy sreberka od czekoladek, teraz wystarczy iść do sklepu. Tak jak nie ma drugiego lajkonika, tak nie ma drugich Malików. Szopkarzy od czterech pokoleń. W Krakowie spierają się, kto kolędował pierwszy – Michał Ezenekier, Władysław Owsiński z Krowodrzy czy Walenty Malik ze Zwierzyńca, dziadek Stanisława. – Nie mam pojęcia – śmieje się wnuk. – Ale my szopki budujemy do dziś i w tym nasza siła.
Tradycja narodziła się w podkrakowskich wioskach, wśród murarzy, którzy bezrobotni zimą dorabiali, chodząc po bogatych domach z jasełkami. Nie podobało im się, że krakowski Chrystusek leży na sianie w stajni. – Tak być nie może, powiedzieli – wspomina Stanisław. – Jemu należą się pałace. W krakowskich szopkach, w miejscu stajenki, wyrosły więc złote kaplice i strzeliste kościoły. Pojawiły się też postaci, których nigdzie indziej nie zobaczycie – lajkonik, krakowiacy i górale, pan Twardowski, czarownica, co masło kleci, diabeł porywający do piekła złego Heroda.
Szopki dziadków miały po cztery metry, dzisiejsze każdy niesie sam pod pomnik Mickiewicza. Nad głową Stanisława wisi zdjęcie dziarskiego jegomościa w konduktorce. – To mój tata, podpatrywałem w dzieciństwie, jak klei szopki. – uśmiecha się. Włodzimierz Malik, tramwajarz i organista od Norbertanek, wyczarowywał cuda z cynfolii. Był znaną osobistością Zwierzyńca. Gdy 14-letni Staś sklecił w tajemnicy swoją pierwszą szopkę, ojciec kręcił nosem, że mizerna. – Rozchmurzył się dopiero, gdy dostałem za nią nagrodę – śmieje się Stanisław. Od tamtej pory zbudował ich dwieście i zdobył za nie wiele laurów. Szopki Malików łatwo rozpoznać, mają swój styl. – Kolory jak w krakowskim stroju ludowym: granat, czerwień i złoto. Czasem odrobina zieleni. Zdobienia przypominają hafty z gorsetu. Zwykle są dwie strzeliste wieże, a pomiędzy nimi cebulasta, i gwiazda sześcioramienna – opowiada Stanisław, wybijając malutkim dłutem łuski na kopułę.
Tekst: Anna Ozdowska
Wykorzystałam książkę Andrzeja Kozioła „Krakowianie”, wyd. Jagiellonia
Fotografie: Karolina Migurska (współpraca Krzysztof Migurski), Grażyna Malik