
Z szacunku do historii: rodzinny dom w dawnej kuźni
Domy w PolsceTo miejsce narodziło się ze wspólnego marzenia o uratowaniu zabytkowego siedliska. Kiedyś kuto tu konie, za to teraz można się rozsiąść wygodnie na kanapie i podziwiać przez okno stary dworski park.
Z domu wyniosłam szacunek do przedmiotów. Babcia mówiła, że nie stać jej na tanie rzeczy, i zamawiała u szewca buty na miarę, które wystarczały na lata. Mnie poszło w architekturę, szanuję stare domy – mówi Milena. – Gdy wyjechałam na studia do Anglii, gdzie potem żyłam 20 lat, jeszcze się w tym utwierdziłam. Tam domy z historią się docenia i bardzo o nie dba. U nas często zdarza się, że można by jakiś zabytek uratować, a ludzie pozwalają mu się rozpaść do końca i budują coś nowego. Strasznie mi takich budynków żal.

Zapomniany dwór z wielką historią
Patrick, mąż Mileny, kocha z kolei wieś. Tak narodziło się wspólne marzenie, by ocalić jakieś stare siedlisko w Polsce. Najlepiej takie, przy którym trochę się trzeba napracować, by dać mu drugie życie. Przez agencję nieruchomości szukali czegoś w miarę blisko Warszawy, rodzinnego miasta Mileny. Pośredniczka zawiozła ich najpierw do domu przy drodze na Gdańsk, ale zgodnie uznali, że jest już za bardzo odnowiony.
Wtedy przypomniała sobie o Kuflewie za Mińskiem Mazowieckim, godzinę drogi od stolicy. – Przyjechaliśmy, a tam ruina. Dwór w rozpadzie, a obok, w jeszcze większym, kuźnia i stajnia. Do tego 13 hektarów zaniedbanego parku, a na dokładkę postawiono obok kwadratowy budynek z lat 70., tak zwaną agronomówkę, gdzie mieszkali ludzie uprawiający tu za komuny ziemię. Na domiar złego pogoda w czasie tej pierwszej wizyty była tak paskudna, że nawet nie wysiadłam z samochodu, żeby to wszystko obejrzeć. Właściwie nie wiem, jakim cudem zdecydowaliśmy się na zakup.
Może przemówiła do nich historia dawnego majątku, dwór zbudował bowiem Bronisław Dąbrowski, syn Jana Henryka Dąbrowskiego, generała, od którego tytuł wziął polski hymn.


100 ton śmieci na początek
Był 2005 rok, a oni mieszkali w Londynie, więc nad pracami w majątku czuwali z oddali. Pierwszym krokiem było pozbycie się śmieci, które nagromadziły się tu przez kilkadziesiąt lat. Zalegały między krzakami i wyłaziły spod ziemi.
– Wywieźliśmy ich 100 ton – opowiada Milena. – Aż trudno uwierzyć. Potem, na pierwszy ogień, do remontu poszła dawna ceglana kuźnia. Nalegałam na to, bo była takim słodkim domkiem (dziś nazywamy ją „Czerwonym”), a jeszcze chwila i nie nadawałaby się już do ratowania. Nie miała dachu, ściany zaś chyliły się ku upadkowi. W środku znaleźliśmy kilka podków, na szczęście. Ale pojawił się problem – okazało się, że ekipa ma trochę inną wizję renowacji niż ja. Mnie zależało, żeby zachować dawny charakter budynku i połączyć go z nowym i funkcjonalnym wyposażeniem. Panowie budowlańcy chcieli go upiększać – otynkować ceglane ściany, które od początku były surowe, i zasłonić piękne górne belki podwieszanym sufitem. Ostatecznie pan Stanisław, szef ekipy, przystał na moje pomysły i od tego czasu współpraca szła gładko. Co nie znaczy, że szybko.
Milena i Patrick woleli, by remont trwał dłużej, ale został zrobiony w sposób przemyślany. Na szczęście konserwator zgodził się, by doświetlić wnętrze dawnej kuźni, powiększyli więc okno w sypialni, dodali też dwa nowe w łazience i przedpokoju na górze. Gospodarzom zależało na wykorzystaniu talentu lokalnych rzemieślników. Miejscowy stolarz zrobił im sosnową podłogę, stolik kawowy i szafki pod umywalki – z akacji, którą znaleźli na działce. Kowal z okolicy wykuł wielkie, przeszklone drzwi między salonem a holem oraz ramy łazienkowych luster, a zdun postawił tradycyjny kaflowy piec

Meble z internetu i… śmietnika
W czerwonym domku chcieli z trójką dzieci spędzać wakacje i remontować dwór. W pozostałym czasie planowali wynajmować go innym. Projektem i urządzaniem wnętrza Milena, z zawodu projektantka tkanin, zajęła się sama. Postawiła na praktyczny miks starego z nowym, żeby było i pięknie, i wygodnie. – Zabytkowy stół i oryginalny stolik kawowy wygrzebałam na śmieciach, ratując je przed zagładą – opowiada. – Bardzo lubię myszkować po śmietnikach, bo ludzie czasem wyrzucają niesamowite perełki. Resztę rzeczy znalazłam w internecie. Do stołu dobrałam proste i ponadczasowe krzesła, z polskiej firmy jest wielka sofa w kształcie litery L, za to kuchnia to IKEA. Blaty z granitu zamówiłam u lokalnego kamieniarza.
Milena bardzo dbała, by mebli nie było zbyt dużo, żeby nie przytłaczały wnętrza. Prostota sprawia, że świetnie się tu wypoczywa. – Ale do salonu wstawiłam jeden zbytek – pianino – mówi. – Należy do nas, lecz w popeerelowskiej agronomówce, gdzie mieszkamy, póki nie skończymy remontu dworu, klatka schodowa jest tak wąska, że nie dało się go wnieść. Jakiś czas temu przenieśliśmy się bowiem do Polski, żeby doglądać renowacji, a podczas pandemii na stałe zamieszkaliśmy w Kuflewie. Co będzie dalej, nie wiem, bo ostatnie dwa lata nauczyły mnie, że nie warto za bardzo planować – uśmiecha się Milena. – Starsi synowie wrócą do Anglii studiować, a my z najmłodszą Florence zostaniemy tu pewnie jeszcze jakiś czas. Bycie na miejscu to zupełnie inne dbanie o dom i park. Niedawno na przykład Patrick dosadził lipy w miejsce tych, które się zwaliły w naszej cudownej lipowej alei. Byliśmy tacy szczęśliwi, że udało się znaleźć młode drzewka dokładnie tej samej odmiany.
kontakt do właścicieli: dwor-kuflew.com
TEKST: agnieszka wójcińska STYLIZACJA: agnieszka wrodarczyk/happy place ZDJĘCIA: michał skorupski
Więcej zdjęć w galerii.