Chociaż przyjechali za pracą do Warszawy, to domu szukali na przedmieściach. I znaleźli – ten idealny. Blisko lasu, z werandą i zgraną paczką przyjaciół za płotem.
Przyjechali tu 13 lat temu, żeby Tomek miał bliżej do pracy. Dojazd w jedną stronę zajmował mu aż cztery godziny, bo mieszkali w Olsztynie, a pracę miał w Warszawie. Tydzień więc spędzał w wynajętym służbowym mieszkaniu, a z rodziną widywał się w weekendy. Tylko że strasznie go męczyły te samotne wieczory i zżerała tęsknota za Magdą i chłopcami.
– Musiałem ich ściągnąć, bo inaczej bym zwariował – tłumaczy. – Ale zamiast zamieniać dom w jednym mieście na mieszkanie w drugim, jeszcze większym, postanowiliśmy poszukać domku z ogrodem gdzieś na obrzeżach Warszawy. To przecież niecała godzinka drogi do pracy – mówi Tomek.
Dom pod Piasecznem
Traf chciał, że pewnego dnia znajomi powiedzieli mu o pewnym domu na osiedlu dworków polskich w Ustanowie za Piasecznem, który był akurat do kupienia. I to ten jeden jedyny z werandą.
Ta wizja kompletnie Tomka urzekła. Wyobraził sobie, jak to będzie co rano zasiadać z kawą na werandzie. I rzeczywiście – kiedy już tu zamieszkali, zaczynał tak dzień wiosną i latem, w końcu sprowadził z Krakowa piecyk kozę i ulubiona weranda stała się całoroczna. Za to Magda od razu zakochała się w ogrodzie. Ma rękę do kwiatów. Dogląda w nim ponad 200 gatunków, a jej peonie są słynne na całą okolicę.
Pomoc sąsiadów
Sielski klimat Ustanowa spodobał się całej rodzinie, ale najważniejsi okazali się sąsiedzi. Rzadko trafia się tylu fantastycznych ludzi w jednym miejscu – z wyobraźnią i głowami pełnymi pomysłów, ale też otwartych, uczynnych, życzliwych. Część z nich pomagała nawet w urządzaniu domu. Kiedy Magda i Tomek przemalowali w środku ciemne drewno na kolor lodów waniliowych, uznali, że najlepsze będą tu akcesoria w kolorze bordo. Lampę nad stół i zegar znalazła im sąsiadka Kasia, która prowadzi sklep z francuskimi dodatkami do wystroju wnętrz – Coqlila. Łazienkę zaprojektował Jacek, sąsiad przez płot, który jest architektem wnętrz. Drewnianą obudowę tarasu i półki na werandzie zrobił Piotrek – kiedyś finansista, teraz stolarz z zamiłowania i aktor teatru improwizacji Ab Ovo.
Na urządzaniu się nie skończyło, bo sąsiedzi nie tylko mają dobry gust, ale też świetnie się razem bawią. – W sobotę przed Wielkanocą, zaraz po święconce, zawsze jest wielkie ognisko u drugiego Jacka, harleyowca. Ma największy telewizor, więc u niego oglądają też ważne wydarzenia sportowe. Wigilia u nas, bo Magda – zainspirowana przez Bolka, kucharza, restauratora, właściciela food trucka – uwielbia eksperymentować z nowymi smakami. Każdy też coś przynosi od siebie.
Na kolędowanie idziemy do Jacka, architekta, bo Ola, jego żona, śpiewa w chórze. Schodzą się krewni i znajomi królika, często przyjeżdża Betarice, wenezuelska śpiewaczka i tancerka, od której kupiliśmy ten dom. Raz wpadł też Alex, Amerykanin mieszkający kiedyś w dworku przy sąsiedniej ulicy, kolędowanie było w kilku językach – opowiada Tomek.
Jak hobbici w Shire...
Mateusz i Kuba – dzisiaj już prawie dorośli – też znaleźli tu kumpli, do których zawsze można wpaść bez uprzedzenia. U wszystkich sąsiadów mogą czuć się jak u siebie. Dom Magdy i Tomka też jest otwarty dla dzieci przyjaciół. I dla sąsiedzkich psów. Do Ronina (golden retriever gospodarzy) wpada Nuta, wyżlica Jacków, i zawsze dostaje świńskie ucho, kundelek Albercik pomieszkuje tam, gdzie akurat lepiej karmią, wszędzie jest mile widziany.
I tak sobie żyją jak hobbici w Shire. Myśleli nawet, by założyć własne hrabstwo, czy raczej „chrapstwo”, co by lepiej oddało klimat.
Tekst i Stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Zdjęcia: Michał Skorupski
Zobacz również: Dom w starym młynie.